Od przedszkola do szkoły podstawowej

IMG_1462Od dzieciństwa życie dzieliłam między dwoma światami, czyli między światem słyszących a głuchych.

Gdy miałam 5 lat uczęszczałam przez krótki czas do przedszkola dla dzieci niesłyszących w Katowicach na Brynowie. To tam, w przedszkolu po raz pierwszy zetknęłam się z dziećmi niesłyszącymi, nie mając świadomości, że jestem wśród „swoich”. Według psychologów małe dzieci we wczesnym okresie rozwoju nie mają w pełni uformowanej własnej tożsamości, podobnie ja nie miałam poczucia swojej inności.

„Zerówkę” rozpoczęłam w masowym przedszkolu. Wówczas przyznano mi dodatkowe lekcje indywidualne, których nie lubiłam. Zawsze było mi przykro, gdy inne dzieci po zajęciach szły do domu, a ja musiałam pozostać godzinkę dłużej. Było to dla mnie niezrozumiałe. Pewnego razu uciekłam z lekcji do domu, czym zadziwiłam moją mamę. Zaznaczam, że odległość z przedszkola do domu nie stanowiła problemu, było to tylko 5 minut pieszo. Niestety nie pozostało to bez konsekwencji i ku memu rozgoryczeniu w ramach kary zmuszona byłam nadrobić zaległe lekcje w przedszkolu.

IMG_1480Następnie przez pierwsze dwa lata uczęszczałam do masowej szkoły podstawowej w Katowicach, w dzielnicy Wełnowiec. Klasa liczyła około 30 uczniów. Gdy poznałam większość dzieci słyszących i ich wzajemne kontakty, zaczęłam odczuwać swoją „odmienność”. Myślę też, że w tym czasie zaczynał się powoli kształtować się obraz własnej osobowości. Pojawiały się pierwsze istotne problemy. Na lekcjach odczuwałam barierę komunikacyjną, nie wszystko rozumiałam w relacji nauczyciel-uczeń. Często spotykałam się z jej strony niesłusznymi uwagami i zastrzeżeniami, między innymi: przeszkadzanie podczas lekcji i odwracanie się. Moje dotychczasowe zachowanie podczas lekcji można było tłumaczyć jako dezorientację w treści toku lekcyjnego, próbę rozumienia wypowiedzi słownych innych uczniów. Nieunikniona była sytuacja, kiedy w trakcie lekcji pytałam słyszące koleżanki o zagadnienie dotychczasowej lekcji, co było przez nauczycielkę odebrane jako zachowanie naganne. Ponadto, według mojego odczucia, wychowawczyni nie wykazywała przychylnego nastawienia i zrozumienia moich problemów. Także pod wieloma względami nie żywiłam do tej osoby sympatii. Również bardzo niemiło wspominam zajęcia indywidualne z tą samą osobą.  Uczestnictwo na tych zajęciach było dla mnie przykrym doświadczeniem z powodu stawianych wysokich wymagań przekraczających moje możliwości lub przedłużanie zajęć poza limit czasowy. Pragnę nadmienić, iż ogólnie nie miałam problemów z osiąganiem dobrych wyników w nauce.

Zgodnie z wolą rodziców podjęto decyzję rekwalifikowania mnie do innej szkoły. I tak od 3 klasy do końca 8 klasy uczyłam się w specjalnej klasie dla dzieci słabosłyszących w ogólnodostępnej Szkole Podstawowej Nr 14 im. Pawła Stellera w Katowicach (Osiedle Paderewskiego). Moja klasa liczyła sześciu uczniów. Komunikacja między uczniami i nauczycielami odbywała się w sposób werbalny. Oczywistym była też mowa ciała, mimika twarzy, gesty lub porozumiewaliśmy się za pomocą specjalnych znaków umownych, które sami stworzyliśmy.

Ze względu na brak posiadania wzorca językowego, język migowy był nam obcy, prawdopodobnie dlatego, że w tamtych czasach był silny nacisk na metodę oralną. Język migowy nie był akceptowany. Nauczyciele głównie posługiwali się mową kładąc nacisk na wyraźną artykulację, co umożliwiło nam odczytywanie mowy z ust.

W klasie siódmej pojawiły się obawy dotyczące mojej dalszej edukacji w szkole ponadpodstawowej. Padły pytania: „Co dalej po szkole podstawowej?”, „Szkoła masowa czy specjalna?”. Nauczyciele naciskali, abym naukę kontynuowała w szkole specjalnej, ponieważ nie będę w stanie podołać obowiązkom w szkole masowej. Moi rodzice kierowali się głównie moim dobrem i troską o moją przyszłość. Byli przekonani, że tylko uczestnictwo w szkole masowej pozwoli uzyskać bądź nadrobić zaległości związane z brakiem wiadomości i umiejętności zgodnie z programem nauczania adekwatnie do wieku ucznia. Rodzice rozpoczęli poszukiwanie możliwości kształcenia mnie w państwowych liceach. Wsparcia ze strony nauczycieli szkoły podstawowej nie było, ponieważ byli przeciwni pozostawienia mnie w masowej szkole. Zaś w państwowych liceach spotkano się z odmową przyjęcia mnie tłumacząc, że nie przyjmują absolwentów szkół specjalnych. Po długich perypetiach w poszukiwaniu szkoły, ostatecznie przyjęto mnie do prywatnej szkoły, do której uczęszczał mój starszy brat będący wówczas w ostatniej klasie maturalnej.

Z ogromnym bólem serca i z łzami w oczach opuściłam mury szkoły podstawowej i od 1 września 1997 roku byłam już uczennicą I Prywatnego Liceum Ogólnokształcącego „UNIVERSITY II” w Chorzowie.

A jak sobie radziłam w LO masowym opiszę w następnym wpisie 🙂

 

Reklamy

Nabór na kurs International Sign podstawowy

W przyszłym roku wiosną ruszamy już z kursem International Sign na poziomie podstawowym.

Kurs IS przeznaczony jest dla osób niesłyszących jak i słyszących chcących nauczyć się efektywniej komunikować się w IS na forum międzynarodowym. Na taki kurs mogą przystąpić osoby niesłyszące jak i słyszące z biegłą znajomością PJM.

kurs international Sign 

Kurs odbędzie się w takich terminach jak: 14 – 15 oraz 21 – 22 kwietnia 2018r.

Koszt kursu wynosi 750 PLN.

Wymiar czasu wynosi 30 godzin lekcyjnych.

Zajęcia poprowadzi Głucha lektorka Edyta Kozub.

Warunkiem uruchomienia kursu na obu poziomach jest zgłoszenie się odpowiedniej liczby osób: MINIMUM 8.

Rezerwacja następuje poprzez wypełnienie formularza zgłoszeń
http://bit.ly/formularzIS
następnie należy dokonać zaliczkę w kwocie 200 PLN bądź pełną kwotę. Na wpłatę czekamy do 7 dni od momentu wypełnienia formularza zgłoszeń.

Dane do przelewu:

Raiffeisen Polbank

51 2340 0009 0560 4010 0000 3519

Migamy PJM-em
ul. Armii Krajowej 190c/4
40-750 Katowice
Tytuł przelewu: Kurs IS Katowice

Nabór na kurs na poziom podstawowy do 31 marca 2018r.

Przed wypełnieniem formularza zgłoszeń zapoznaj się regulaminem

Istnieje możliwość ubiegania się o dofinansowanie kosztu kursu z PFRONU w 90%- 95%.

Ubiegać się o dofinansowanie mogą:

• Osoby niesłyszące bądź słabosłyszące, które chcą poznać PJM, ewentualnie doskonalić umiejętności PJM;
• Członkowie rodziny osób niesłyszących/słabosłyszących;
• Osoby mające stały lub bezpośredni kontakt ze środowiskiem Głuchych bądź osobą niesłyszącą/słabosłyszącą.

Należy złożyć wniosek do Oddziału PFRON właściwego ze względu na miejsce zamieszkania osoby wnioskującej kilka miesięcy przed rozpoczęciem kursu.

Źródło: http://www.pfron.org.pl/pl/komunikaty/1456,dok.html

W razie wątpliwości udzielimy wsparcia merytorycznego pod adresem e-mail: migamy.pjmem@gmail.com

Zachęcam do obejrzenia foto-reportażu z poprzedniej edycji kursów IS:

Czy w snach słyszę?

Mojemarzenia senne
Tak jak osoby słyszące, każdej nocy miewam sny, niektóre z nich zachowuję w mej pamięci długo, nawet te z dzieciństwa. Są i takie, których nie pamiętam.
Pomimo to, że na co dzień noszę aparaty słuchowe i jestem bombardowana różnymi bodźcami dźwiękowymi to jednak w moich snach panuje kompletna cisza. Mam wrażenie, że w snach nie noszę aparatów (choć nie zwróciłam na to uwagi) i to jest powodem snu bez dźwięku. A to prawdopodobnie dzieje się z powodu wyłączenia zmysłu słuchowego podczas snu.
Dla mnie w śnie nie istnieją bariery komunikacyjne, nie wiem jakim cudem, ale z każdą osobą dogaduję się w sposób werbalny, a w rzeczywistości, czyli na jawie, bywa z tym różnie. Oprócz mówienia w snach posługuję się również w języku migowym, kiedyś mąż zauważył, jak podczas snu poruszałam palcami. Innym razem miewam sny, w których porozumiewam się w języku angielskim, choć w rzeczywistości mowy z ust w tym języku nie odczytam, jedynie po angielsku z ust odczytam pojedyncze słówka. Owszem posługuję się czasami językiem angielskim, ale drogą pisemną.Podsumowując, w snach jestem w stanie porozumiewać się trzema językami nic nie słysząc. Brzmi to wspaniale, niemal idealnie, nieprawdaż?
Myślę też, że to za sprawą telepatii komunikacja w snach odbywa się tą drogą. Czyli nie trzeba słów, by osoby porozumiały się ze sobą.

Nigdy w życiu nie śniło mi się, że jakimś cudem odzyskałam słuch lub jestem osobą słyszącą. To nie jest też moim marzeniem, mam inne.

Oprócz kompletnej ciszy w moich snach występują silnie zaznaczone emocje. Wszystkie z nich, takie jak strach, smutek, żal, radość, odczuwam potrójnie mocniej niż w rzeczywistości. Sądzę, że nie tylko ja mam takie odczucia, czy to tak ma każdy z Was?

Moi Drodzy, mnie intryguje, jak jest w Waszych snach? Jakie macie odczucia? Czy w snach słyszycie dźwięki, hałasy?

Kawa z Mleczkiem w PJM

Udział w nagraniu promocyjnym w roli tłumacza języka migowego było dla mnie nie tylko ogromnym zaszczytem, ale i również dużym wyzwaniem. Usługi translatorskie były moim pierwszym doświadczeniem, ponieważ głównie zajmuję się nauczaniem PJM-u, czyli usługą lektorską.

Dziękuję firmie Woseba za owocną współpracę.

Zapraszam do obejrzenia nagrań tłumaczonych na PJM:

Dźwięki widziane moimi oczami

IMG_0073

Urodziłam się słysząca. Jestem dzieckiem słyszących rodziców. Zarówno mój starszy brat jak i dziadkowie to też osoby słyszące. Tak więc wada słuchu nie występowała w rodzinie od trzech pokoleń. Moja utrata słuchu wystąpiła po chorobie, gdy miałam półtora roku. Wówczas zachorowałam na ropne zapalenie opon mózgowych. Prawdopodobnie bezpośrednią przyczyną utraty słuchu było leczenie tej choroby antybiotykiem gentamycyną. Przebieg samej choroby pominę, bowiem jest to dla mnie temat bardzo delikatny. Po stwierdzeniu całkowitej głuchoty przyszedł czas na zaopatrzenie mnie w aparaty słuchowe. Gdy miałam dwa lata otrzymałam, możliwy w tym czasie, najsilniejszy aparat słuchowy. W latach 80-tych były to aparaty analogowe,  niewygodne w użytkowaniu, bo w formie pudełka zawieszonego na szyi. To urządzenie połączone było kabelkami do słuchawek usznych. Zarówno sposób noszenia jak i odbiór dźwięków pozostawiały  wiele do życzenia. Dopiero w 1990 roku otrzymałam aparaty zauszne. Stwierdzona obustronna głuchota (105-115db) wymagała noszenia aparatów lepszej generacji i taki noszę do dziś. Aparaty te podlegają odpowiedniemu ustawieniu przez protetyka, a także odpowiednio przygotowane indywidualne wkładki uszne. Głęboki ubytek słuchu oznacza poważne problemy z odbiorem dźwięków. W moim przypadku oznacza, że nie słyszę ryku silnika samolotu, uderzeń pioruna, fajerwerków. Natomiast wydany, bezpośrednio do mojego ucha, krzyk sprawia mi przykry ból i powoduje nieprzyjemny grymas na twarzy.

Często osoby słyszące mnie pytają, czy w aparatach słyszę dobrze?

To pytanie jest trudne dla mnie, a odpowiedz trudna do zrozumienia przez osoby słyszące. To co słyszę jest dla mnie normą w przeciwieństwie do słyszących.

Niektórym osobom wydaje się, że każdy aparat słuchowy daje możliwość słyszenia wszystkich dźwięków z otoczenia w tym dźwięki mowy. Jednak tak nie jest. Aparaty nie sprawią, że będę słyszeć wszystko tak jak osoba słysząca. Słyszący rozróżniają szeroką skalę i barwę dźwięków. Ja natomiast w aparatach odbieram tylko około 10% z tego co słyszący.

Jeszcze do niedawna sądziłam, że aparaty są dla mnie zbędnym urządzeniem i równie dobrze mogłabym funkcjonować wśród słyszących korzystając z kanału wzrokowego  niezbędnego do odczytywania mowy z ust. Ale myliłam się w ocenie sytuacji, o czym przekonałam się, gdy przypadkowo zostałam poddana eksperymentowi.

To przez moją nieuwagę i ciekawość mojego kotka wkładki uszne zostały  zdewastowane, gdy uczynił sobie z nich zabawkę. Trzeba było zrobić nowe wkładki, na które czas oczekiwania wyniósł 3 tygodnie. Początkowo nie martwiło mnie to, że będę bez aparatu musiała funkcjonować w ciszy, skoro w 90% komunikaty odbieram za pomocą kanału wzrokowego. Po tygodniu w ciszy – poległam. Zrozumiałam w końcu, że te 10% z 90%  to dla mnie ma duże znaczenie. Te 10% to przede wszystkim odbiór mowy za pomocą  resztek słuchu, jakie posiadam.

Dzięki  aparatom słyszę samogłoski, które łączę z spółgłoskami niesłyszalnymi dla moich uszu. Czasami opieram się na domysłach lub odczytuję z ruchu warg. Jeśli ktoś mnie woła, to nie słyszę pełne „KASIA”, ale słyszę coś podobnego „A-IA”. Z ruchu warg odczytuję K, następnie S, więc jak widzicie, nie jest to proste. Odczytywanie mowy z ust, to też nie jest takie proste jak niektórym się wydaje. Nie każdą osobę zrozumiem odczytując mowę z ruchu warg. Jest to uzależnione od wielu czynników np. gdy ktoś mówi z zaciśniętymi ustami lub ma mało wyraziste ruchy warg lub bujne wąsy zasłaniające usta. Częste ruchy głową utrudniają zrozumienie mowy, nawet cała komunikacja może legnąć w gruzach.

Te 10% też ułatwia kontrolę nad natężeniem własnego głosu. Podobno bez aparatu mówię podniesionym i zmienionym głosem. Także mitem jest twierdzenie, iż głusi zachowują się cicho.

Ja bez aparatu nie mam dostatecznej kontroli nad swoim ciałem i ruchem, np. nie mam świadomości, że trzaskam drzwiami lub głośniej przesuwam krzesło. Może Wam się wydawać, że te 10% to mało, ale dla mnie okazuje się jest dużo. Sama mam trudności z  wytłumaczeniem, jak ja naprawdę odbieram otaczające dźwięki. Mogłabym zapytać słyszące osoby: Jak Wy odbieracie i  rozróżniacie potok dźwięków? Zwykle otrzymuję odpowiedz: „Normalnie, za pomocą narządu słuchu, jakim jest ucho”. Oczywiście ta odpowiedz nie jest dla mnie wystarczająca, bo nie umiem sobie wyobrazić brzmienia wyrazów, nie znając wszystkich dźwięków i możliwości ich rozszyfrowania. Dla mojego ucha nawet  potok słów brzmi jak bełkot.

Gdy przebywam w środowisku Głuchych, gdzie porozumiewamy się za pomocą PJM, ku mojej radości chowam aparaty do torebki. Tu akurat dźwięki czy hałasy mnie rozpraszają i utrudniają skupienie w odbiorze i nadawaniu całej gamy bogactwa języka migowego.

Gdy hałasy z podwórka lub wiercenie zza ściany mnie irytują, to po prostu zdejmuję aparaty i rozkoszuję się ciszą. Jest ona dla mnie balsamem dla duszy i czasem medytacji lub odpoczynku.

Zatem nie chcę wiedzieć, jak to jest słyszeć. Nawet nie odczuwam poniesionej straty, ponieważ żaden „czysty” dźwięk nie zachował się w mojej pamięci z okresu, kiedy to słyszałam przez półtora roku.