Implant ślimakowy – dlaczego nie mam tego „cudu” technologicznego? 

IMG_2013

Temat dosyć kontrowersyjny.

Ponieważ nie mam implantu nie wypowiem się na temat tego, jak to jest słyszeć w implantach i czy w ogóle warto mieć implant. Wszczep implantu ślimakowego to ingerencja w ludzkie ciało i jak każda operacja wiąże się z ryzykiem  – mogą pojawić się w mniejszym lub większym stopniu skutki uboczne po operacji albo nie ma powikłania. Wiadomo to operacja – narkoza, otwieranie wnętrza, szperanie we wnętrzach, potem rekonwalescencja. Nikt nie wie, jakie mogą być powikłania, nawet sam lekarz, ordynator czy profesor z wieloma tytułami. Każdy człowiek jest inny, każdy ma inny organizm, każdy ma inny układ immunologiczny, każdy inaczej reaguje na dany lek czy narkozę. Nie są to moje puste słowa, ale z autopsji (niezwiązane ze słuchem). Wracając do tematu implantu, owszem wiele słyszałam i wciąż słyszę o efektach po implantach, nawet mam implantowanych znajomych, których nie jestem w stanie policzyć na palcach. Pracowałam w szkole podstawowej, gdzie były między innymi dzieci implantowane. Obserwowałam je uważnie. Prawda jest taka, że opinie są rożne – ile ludzi implantowanych tyle opinii. Są plusy i minusy. Tylko smuci mnie to, że media podają same plusy, same achy i ochy, a ukrywa fakty o minusach.  Ale ja nie o tym. Nie chcę wypowiadać się na temat, o którym bladego pojęcia nie mam. Jeśli tego sama na własnej skórze nie doświadczyłam wolę zachować to dla siebie.

Blog będzie dotyczył tego, dlaczego nie mam implantu. Czasami otrzymuję pytania, czy nie myślałam o implantach ślimakowych. Implant mam na wyciągnięcie ręki, NFZ w 100% refunduje, więc nic na tym nie stracę, a poza tym skoro mówię w sposób na tyle zrozumiały dla otoczenia słyszącego to czemu nie skorzystam z tej szansy, jakim jest słyszenie. Owszem myślałam i to nieraz – ale to było dawno temu, teraz nie mam żadnych wątpliwości. Wiem, czego chcę i czego mi do życia potrzeba.

Na początku przypomnę Wam, że na lewym uchu mam 105 dB, a na prawym 115 dB, czyli w prawym w aparatach bardzo słabo słyszę, a właściwie to taki cichy szept. Za pomocą aparatu słuchowego na lewym uchu korzystam z resztek słuchowych, jakie mi zostały. O tym jak słyszę mowę ludzką opisałam tu, więc powtarzać nie będę.

2 razy mnie kwalifikowano do wszczepu implantowego. Dwa razy zaniechano. 

Za pierwszym razem, gdy miałam dwanaście lat (1994r) byłam z rodzicami w Warszawie, gdzie miałam różne badania, które miały mnie kwalifikować bądź dyskwalifikować do wszczepu implantu ślimakowego. Były to różne badania logopedyczne, psychologiczne, audiologiczne i sprawdzano zdolność słyszenia w aparatach słuchowych. Na końcu była konsultacja z lekarzem prowadzącym, który twierdził, że kwalifikuję się na wszczep implantu, ale ze względu na to, że byłam dobrze rehabilitowana to odradził implant i twierdził, że miałabym z implantem niewielkie korzyści.

Za drugim razem podczas miesięcznego pobytu u chrzestnej w Niemczech, byłam w szpitalu i po raz kolejny przechodziłam masę badań, które ostateczne kwalifikowały mnie do implantu. Wtedy byłam ciut starsza, i miałam piętnaście lat. Nawet byli gotowi mnie przyjąć w pierwszej kolejce. Ponieważ wtedy w Niemczech byłam  u chrzestnej, to główna decyzja należała do moich rodziców. Po długich przemyśleniach i rozmowach telefonicznych między Ciocią a moimi rodzicami, w końcu oboje doszli do wniosku, że skoro za 3 lata będę miała 18 lat to sama podejmę decyzję, czy chcę być implantowana.  

Później raz myślałam o implancie mając jakieś 24-25 lat, miałam tysiące pytań bez odpowiedzi – a co będzie jeśli nowe dźwięki będą dla mnie przerażające? A co będzie jeśli będę miała ciągłe bóle głowy od nadmiaru dźwięków? A co będzie jeśli odrzucę implant? Nie wyobrażam sobie słyszeć. Zanim w wieku 12 jak i 15 lat miałam kwalifikować się na wszczep implantu przerażała mnie perspektywa słyszenia, wykraczało to poza moją wyobraźnię. Wtedy miałam zerową wiedzę na temat implantu, nie miałam żadnego dostępu do informacji (m.in. w Internecie, TV czy książki). Nic a nic nie wiedziałam o implantach. Tu byłam zdana tylko na rodziców.

W końcu doszłam do wniosku, że radzę sobie w życiu w miarę dobrze, w miarę swoich możliwości. Nie lubię gdybania, co by było gdybym słyszała, nie ma to żadnego sensu, bo to spirala nieskończonych pytań bez odpowiedzi. Tak samo nie porównuję z innymi osobami niesłyszącymi czy słabosłyszącymi, że tamten lepiej słyszy niż ja, lepiej mówi niż ja. Po co? Nie przywróci to słuchu ani nie zacznę lepiej mówić. Jest jak jest, jestem wdzięczna losowi, za to co mam. Może nie słyszę wiele rzeczy, nie słyszę śpiewu ptaka (ale gruchania gołębi czasami słyszę! Szumu fali też! Ale to nieistotne dla mnie) i wiele mnie omija, ale za to widzę wiele. Brak słuchu wyostrza inne zmysły, w przypadku osób niesłyszących jest to wzrok. Dostrzegam piękno w wielu rzeczach, przyrodzie i w ludziach. Potrafię po zachowaniu, mimice i ekspresji ciała dostrzec więcej niż niejedna osoba słysząca. Skoro los dał mi głuchotę, to musi mieć jakiś plan wobec mnie. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Dzięki codziennej walce w społeczeństwie słyszących głuchota hartuje mój charakter. Każda osoba, z którą w moim życiu spotykam się przypadkowo lub nieprzypadkowo różnie patrzy na moją głuchotę – jedni ze współczuciem, inni z podziwem, że w ogóle ktoś taki jeszcze chodzi po tym świecie i radzi sobie normalnie. Czasami mi ręce opadają, bo co w głuchocie jest nienormalnego? To nie jest choroba czy rak. Kiedyś jako nastolatka za niepowodzenia w dogadywaniu się z ludźmi obwiniałam siebie, biczowałam się ze samą sobą, że mogłam bardziej się postarać w mówieniu, i że powinnam wrócić do logopedy. Miałam wyrzuty sumienia, że jestem problemem dla tego świata. Teraz tak nie myślę. Teraz myślę odwrotnie –  to oni mają problem, nie Ja. Największym problemem większości słyszących jest NIEWIEDZA i IGNORACJA.

Tak czy siak potrafię docenić to co mam – czyli miłość i wsparcie. A to najważniejsze aspekty w naszym życiu. To jest mój wybór. To moje życie i to ja decyduję, jakie ma być moje życie, czy to komuś się podoba czy nie. Jak mawiał Tony Montana w filmie „Człowiek z blizną” Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć, bo nikt za mnie nie umrze.

Na koniec przytoczę tu fragment mojej pracy dyplomowej napisanej w 2007 roku, czyli 11 lat temu: Uważam, że życie z brakiem słuchu jest o wiele bardziej skomplikowane, ale myślę także, że najgorszym z możliwych sposobów jest poddanie się, całkowita rezygnacja z własnych marzeń, brak wiary we własne możliwości. Może głuchota potęguje uczucie niepełnosprawności społecznej i komunikatywnej, ale niekoniecznie musi skazywać na bierność i uzależnienie się od innych. Wystarczy odrobina pozytywnej postawy społeczeństwa osób słyszących, wiara w siebie, chęć do podjęcia działań, zresztą nikt nie powiedział, że życie jest łatwe. Myli się ten, kto myśli, że głuchota powoduje pustelniczy tryb życia. To nie człowiek niesłyszący skazuje siebie na samotność, ale audyzm wśród osób sprawnych słuchowo.

 

Wiedza jest najważniejsza, aby osiągnąć sukces.
Nie słyszenie, nie mówienie, ale czytanie […]
To jest potęga Wszechświata,
siłą jest wiedza, nie mowa.
Cytat z fragmentu filmu „Oczami Głuchych” , CJ Jones
Reklamy