Dźwięki widziane moimi oczami

IMG_0073

Urodziłam się słysząca. Jestem dzieckiem słyszących rodziców. Zarówno mój starszy brat jak i dziadkowie to też osoby słyszące. Tak więc wada słuchu nie występowała w rodzinie od trzech pokoleń. Moja utrata słuchu wystąpiła po chorobie, gdy miałam półtora roku. Wówczas zachorowałam na ropne zapalenie opon mózgowych. Prawdopodobnie bezpośrednią przyczyną utraty słuchu było leczenie tej choroby antybiotykiem gentamycyną. Przebieg samej choroby pominę, bowiem jest to dla mnie temat bardzo delikatny. Po stwierdzeniu całkowitej głuchoty przyszedł czas na zaopatrzenie mnie w aparaty słuchowe. Gdy miałam dwa lata otrzymałam, możliwy w tym czasie, najsilniejszy aparat słuchowy. W latach 80-tych były to aparaty analogowe,  niewygodne w użytkowaniu, bo w formie pudełka zawieszonego na szyi. To urządzenie połączone było kabelkami do słuchawek usznych. Zarówno sposób noszenia jak i odbiór dźwięków pozostawiały  wiele do życzenia. Dopiero w 1990 roku otrzymałam aparaty zauszne. Stwierdzona obustronna głuchota (105-115db) wymagała noszenia aparatów lepszej generacji i taki noszę do dziś. Aparaty te podlegają odpowiedniemu ustawieniu przez protetyka, a także odpowiednio przygotowane indywidualne wkładki uszne. Głęboki ubytek słuchu oznacza poważne problemy z odbiorem dźwięków. W moim przypadku oznacza, że nie słyszę ryku silnika samolotu, uderzeń pioruna, fajerwerków. Natomiast wydany, bezpośrednio do mojego ucha, krzyk sprawia mi przykry ból i powoduje nieprzyjemny grymas na twarzy.

Często osoby słyszące mnie pytają, czy w aparatach słyszę dobrze?

To pytanie jest trudne dla mnie, a odpowiedz trudna do zrozumienia przez osoby słyszące. To co słyszę jest dla mnie normą w przeciwieństwie do słyszących.

Niektórym osobom wydaje się, że każdy aparat słuchowy daje możliwość słyszenia wszystkich dźwięków z otoczenia w tym dźwięki mowy. Jednak tak nie jest. Aparaty nie sprawią, że będę słyszeć wszystko tak jak osoba słysząca. Słyszący rozróżniają szeroką skalę i barwę dźwięków. Ja natomiast w aparatach odbieram tylko około 10% z tego co słyszący.

Jeszcze do niedawna sądziłam, że aparaty są dla mnie zbędnym urządzeniem i równie dobrze mogłabym funkcjonować wśród słyszących korzystając z kanału wzrokowego  niezbędnego do odczytywania mowy z ust. Ale myliłam się w ocenie sytuacji, o czym przekonałam się, gdy przypadkowo zostałam poddana eksperymentowi.

To przez moją nieuwagę i ciekawość mojego kotka wkładki uszne zostały  zdewastowane, gdy uczynił sobie z nich zabawkę. Trzeba było zrobić nowe wkładki, na które czas oczekiwania wyniósł 3 tygodnie. Początkowo nie martwiło mnie to, że będę bez aparatu musiała funkcjonować w ciszy, skoro w 90% komunikaty odbieram za pomocą kanału wzrokowego. Po tygodniu w ciszy – poległam. Zrozumiałam w końcu, że te 10% z 90%  to dla mnie ma duże znaczenie. Te 10% to przede wszystkim odbiór mowy za pomocą  resztek słuchu, jakie posiadam.

Dzięki  aparatom słyszę samogłoski, które łączę z spółgłoskami niesłyszalnymi dla moich uszu. Czasami opieram się na domysłach lub odczytuję z ruchu warg. Jeśli ktoś mnie woła, to nie słyszę pełne „KASIA”, ale słyszę coś podobnego „A-IA”. Z ruchu warg odczytuję K, następnie S, więc jak widzicie, nie jest to proste. Odczytywanie mowy z ust, to też nie jest takie proste jak niektórym się wydaje. Nie każdą osobę zrozumiem odczytując mowę z ruchu warg. Jest to uzależnione od wielu czynników np. gdy ktoś mówi z zaciśniętymi ustami lub ma mało wyraziste ruchy warg lub bujne wąsy zasłaniające usta. Częste ruchy głową utrudniają zrozumienie mowy, nawet cała komunikacja może legnąć w gruzach.

Te 10% też ułatwia kontrolę nad natężeniem własnego głosu. Podobno bez aparatu mówię podniesionym i zmienionym głosem. Także mitem jest twierdzenie, iż głusi zachowują się cicho.

Ja bez aparatu nie mam dostatecznej kontroli nad swoim ciałem i ruchem, np. nie mam świadomości, że trzaskam drzwiami lub głośniej przesuwam krzesło. Może Wam się wydawać, że te 10% to mało, ale dla mnie okazuje się jest dużo. Sama mam trudności z  wytłumaczeniem, jak ja naprawdę odbieram otaczające dźwięki. Mogłabym zapytać słyszące osoby: Jak Wy odbieracie i  rozróżniacie potok dźwięków? Zwykle otrzymuję odpowiedz: „Normalnie, za pomocą narządu słuchu, jakim jest ucho”. Oczywiście ta odpowiedz nie jest dla mnie wystarczająca, bo nie umiem sobie wyobrazić brzmienia wyrazów, nie znając wszystkich dźwięków i możliwości ich rozszyfrowania. Dla mojego ucha nawet  potok słów brzmi jak bełkot.

Gdy przebywam w środowisku Głuchych, gdzie porozumiewamy się za pomocą PJM, ku mojej radości chowam aparaty do torebki. Tu akurat dźwięki czy hałasy mnie rozpraszają i utrudniają skupienie w odbiorze i nadawaniu całej gamy bogactwa języka migowego.

Gdy hałasy z podwórka lub wiercenie zza ściany mnie irytują, to po prostu zdejmuję aparaty i rozkoszuję się ciszą. Jest ona dla mnie balsamem dla duszy i czasem medytacji lub odpoczynku.

Zatem nie chcę wiedzieć, jak to jest słyszeć. Nawet nie odczuwam poniesionej straty, ponieważ żaden „czysty” dźwięk nie zachował się w mojej pamięci z okresu, kiedy to słyszałam przez półtora roku.

Reklamy