Chciałabym dzisiaj opowiedzieć Wam o tym, jak mnie, a właściwie Nas uczono w szkole podstawowej i jak wyglądała metoda nauczania w szkole dla dzieci niesłyszących. Czytając mój blog widzicie, jak operuję skomplikowaną polszczyzną i pewnie myślicie, że to zasługa tej szkoły, w której się uczyłam. Właśnie, że tak wcale nie było.

Jak pamiętacie od 3 do 8 klasy chodziłam do szkoły podstawowej, w której były klasy specjalne dla dzieci niedosłyszących. Nie wiedzieliście o tym? To odsyłam Was do starego bloga dla przypomnienia >> KLIK TU<< 

Nie wiem, jak teraz w szkołach dla niesłyszących wyglądają metody nauczania dzieci głuchych, mam nadzieję, że są lepsze i skuteczniejsze niż za moich czasów. Choć słyszałam, że podobno niewiele się zmieniło i dalej metody nauczania kuleją.

W każdym bądź razie bardzo moją klasę lubiłam, pójście do szkoły zawsze sprawiało mi ogromną frajdę, bo to był mój świat. Dużo razem przeszliśmy od dzieciństwa aż do dojrzałości, od smutku do radości, od kłótni do przebaczenia.

To były piękne czasy.

Choć problemów z osiągnięciem dobrych wyników w nauce nie miałam, to jednak poziom nauczania pozostawał wiele do życzenia. Najbardziej lubiłam w-f, plastykę, matematykę, chemię i biologię – a to dlatego, że miałam fajnych nauczycieli, którzy zawsze bardzo obrazowo Nam objaśniali dane zagadnienia.

Zaś pozostałe przedmioty humanistyczne, np. język polski, historia, a nawet fizyka (choć to przedmiot ścisły to oprócz wzorów były też teorie abstrakcyjne wg Nas) sprawiały nam ogromne trudności.

Podam tylko trzy przykłady, w jaki sposób nas uczono.

Na lekcjach języka polskiego nauczyciele nie kładli nacisk na czytanie obowiązkowych lektur szkolnych. Moim zdaniem, szkoda, że nie zachęcano Nas do tego, bo nic innego jak tylko książka posiada szeroki wachlarz działań, które umożliwiają uczniom rozwijanie zasobu słownictwa, poszerzanie wiedzy z zakresu gramatyki i składni, a także pobudza wyobraźnię. Jakie książki mają wpływ na rozwój językowy dziecka opisałam tu. Jedyną lekturą szkolną, którą w całości przeczytałam z własnej woli była W pustyni i w puszczy. I przeczytałam dwa razy, bo za pierwszym razem nie zrozumiałam do końca.

Następną rzeczą absurdalną dla mnie było zmuszanie Nas do przepisywania jakiegoś długiego tekstu najpierw na tablicy, a potem w zeszytach. Gdy ktoś się zmęczył pisaniem na tablicy, kolej przeszła na następną osobę. Tak było w 7-8 klasie, gdy Nas zaczęła uczyć nowa Pani. Dzisiaj powiedziałabym, że jej zachowanie było nie do przyjęcia i dzisiaj by ją wylano z pracy, ale wtedy tak nie myśleliśmy, na nawet ją lubiliśmy, bo lubiła z Nami rozmawiać normalnie o wszystkim. A wracając do tematu skandalu to ona paliła jak smok i miała taki zwyczaj, że zamykała drzwi na zamek i otwierała okna szeroko. W ciągu 45 minut lekcji potrafiła wypalić 3-4 papierosy, a my byliśmy biernymi palaczami, wdychaliśmy truciznę.

Kolejną rzeczą to jest, jak wyglądały u nas sprawdziany, kartkówki czy pytanie przy tablicy. Otóż, zawsze przed sprawdzianem otrzymywaliśmy zestaw gotowych pytań i odpowiedzi. Wystarczyło tylko wykuć na pamięć . 

Jak widzicie w szkole podstawowej nie uczono nas samodzielnego myślenia, analizowania sytuacji, rozwiązywania problemu. Metoda była zautomatyzowana – wszystko na pamięć nauczyć się bez zrozumienia konkretnego słowa, pełnego zdania czy kontekstu. Dziwicie się, że potem głusi mają problem z pisaniem poprawnie po polsku. Ja tak miałam – mając nawet 15 lat nie potrafiłam sklepać poprawnie pełnym zdaniem w języku ojczystym, nie rozumiałam wielu słów, aluzji czy metafor. Choć nie posługiwaliśmy się językiem migowym, klasa była czysto oralistyczna to co mieliśmy nauczyć się w szkole podstawowej miało Nam dać łatwy start do dalszej nauki i w ogóle do życia w przyszłości. Tylko ja jedyna w klasie poszłam do liceum, pozostali poszli do zawodowej szkoły dla niesłyszących. W liceum lekko nie było, o tym pisałam już tu.

Reklamy