Pytacie, czy niesłyszących można nauczyć języka angielskiego, i w ogóle jak nauczyć się tego języka?

Nie wypowiem się na temat metody nauczania języka angielskiego dla osób niesłyszących, bo nie jestem ekspertem od tego. Opowiem, tylko jak wyglądała nauka angielskiego na podstawie mojego doświadczenia.

Za moich czasów w szkole podstawowej (w klasie dla dzieci niesłyszących) nauka języka obcego nie była obowiązkowa, więc dopiero w siódmej czy ósmej klasie mieliśmy angielski jako dodatkowy przedmiot, ale nie obowiązkowy. Poziom nauczania był śmieszny, że nie ma o czym pisać.

Tak na poważnie zagłębiłam się w angielskim dopiero w liceum. Tam to dopiero był hardcore, niby to był profil ogólny, ale tak naprawdę angielski mieliśmy po 6 godzin w tygodniu i była to największa ilość godzin zajęć w porównaniu do innych przedmiotów. W dodatku szkoła każdego roku latem organizowała wyjazd językowy do Anglii, ale ja z takiej okazji nie korzystałam. Pod wieloma względami wolałam trzymać się od tej szkoły z daleka. Na lekcjach nauczycielka mówiła tylko i wyłącznie po angielsku. Pamiętam, jak zaczęłam pierwszą klasę byłam tym przerażona, cała klasa posługiwała się angielskim na poziomie komunikatywnym, a ja nic a nic nie umiałam ani nie rozumiałam. Byłam daleko w tyle. Wtedy zaczęłam regularnie chodzić na korepetycje do studentki filologii angielskiej, która była koleżanką mojego brata. Na korepetycjach wyjaśniała niezrozumiałe treści, tłumaczyła cierpliwie zasady gramatyki, przede wszystkim dużo pisała obok słówek transkrypcje fonetyczne (czyli jak wymawiać dane słowa, na lekcjach nauczycielka nie robiła tego nigdy), opowiadała o kulturze, tradycji angielskiej, od niej się dowiedziałam, że język amerykański i angielski troszkę się różni od siebie oraz dowiedziałam się, że jak jestem za granicą powinnam się przedstawiać jako Kasia (tak jak mam na imię oryginalnie), a nie przybierać formę angielską Kate. Przy okazji przypomniała mi się śmieszna sytuacja z udziałem męża z Anglikami. Podczas naszej podróży poślubnej na Cypr, mąż podczas plażowej gry w siatkówkę poznał Anglików i przedstawił się jako „Wojtek”. A zdziwieni Anglicy na to what?, więc mąż na piasku napisał „WOJTEK”, a oni na to „Ołkej Łojtek!”. Mieliśmy z mężem z tym ubaw. Wracając do tematu korepetytorki trochę była nawet „logopedą” – wyjaśniała jak się wymawia daną literkę, np. „th” (był moją zmorą i długo nie potrafiłam opanować), a ponieważ spółgłosek w ogóle nie słyszę w aparatach słuchowych, to pokazywała, gdzie język ma być, kiedy mam wypuszczać powietrze i że to ma być ustne, a nie nosowe. Pokazywała mi jak dany wyraz odczytać prawidłowo fonicznie, np. wyjaśniała, że jeśli w wyrazie występuje podwójne „e”, np. tree, green, greeting to wymawia się długie „i”. Dlaczego o tym piszę? Bo bardzo często osoby niesłyszące znają angielski dobrze, ale nieprawidłowo wymawiają wyrazy, odczytują tak jakby to było po polsku, czyli np. ”water”, zamiast mówić /łoter/ to mówią water. Bardzo dużo z tych korepetycji wyniosłam i dzięki temu byłam lepiej przygotowana na zajęcia w szkole. A w szkole jedynie byłam zwolniona ze słuchania kaset magnetofonowych (nie było płyt DVD czy Internetu czy coś w tym stylu), co było oczywiste ze względu na niemożność identyfikacji słów bądź zdań z magnetofonu. Z odbieraniem komunikatów ustnych po angielsku szło mi gorzej, więc wolałam wszystko w formie pisemnej, a do gramatyki miałam smykałkę, dlatego podczas sprawdzianu czy klasówki koledzy tak poprzestawiali krzesła (stołu nie mieliśmy, tylko mieliśmy taki stolik wbudowany w krzesło, jak w tych amerykańskich szkołach), żeby siedzieć jak najbliżej mnie i móc ode mnie ściągać. Musiałam maturę ustną zdawać z angielskiego (odmówili moją prośbę, żebym zdawała w formie pisemnej). Miałam ogromne obawy, czy podołam właśnie ze względu na to, że miałam problemy z odbiorem komunikatów, bo z przekazywaniem nie szło mi najgorzej, ale na szczęście komisja była wyrozumiała i zdałam na ocenę dobrą. Gdy byłam za granicą potrafiłam zapytać np. Where’s post office ?, (Gdzie jest poczta?), ale z odbiorem komunikatów gorzej mi szło. Nie byłam i nadal nie jestem przyzwyczajona do tego, że w piśmie inaczej się pisze, a w mowie inaczej się mówi i trudno jest to wszystko połączyć sensownie, bo dla mnie wszystkie słowa brzmią „wzrokowo” tak samo np. why /łaj/ kontra white /łajt/. Dlatego jak ostatnio byłam za granicą, choć doskonale zrozumiałam osobę, która mówiła po angielsku Do you read my lips? (Czy czytasz mowę z ust?), odpowiedziałam, że nie, i poprosiłam, żeby jednak pisała, bo szybciej mi pójdzie komunikacja pisemna niż ustna. Czasami bywa tak, że w Polsce jak mówią do mnie po polsku, to nie rozumiem i proszę o powtórzenie, to zaraz mówią po angielsku (rzadziej po niemiecku), wtedy muszę to odkręcić wyjaśniając, że jestem Polką i w dodatku głucha.

Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy w Polsce, we własnym kraju i w moim rodzinnym mieście musiałam podkreślać, że jestem Polką. Czasami w Polsce czuję się jak cudzoziemka.

Obecnie, gdy jestem za granicą, angielskiego używam głównie w formie pisemnej, czyli piszę na telefonie teksty. Za granicą ludzie są bardziej wyrozumiali i chętnie odpowiadają pismem, nie to co w Polsce, gdzie mentalność i świadomość Polaków o osobach niesłyszących jest niska w porównaniu do ludzi z zagranicy.

To, że bardzo lubiłam angielski zawdzięczam nie nauczycielce z angielskiego w liceum, ale wspaniałej korepetytorce, Alicji. Gdyby nie jej ogromne zaangażowanie, serce, jakie włożyła w nauczanie mnie, to nauka angielskiego nie byłaby przyjemnością i moją pasją.

Reklamy